3 sierpnia 1925 roku na Przełęczy Lodowej wydarzyła się jedna z najbardziej tajemniczych tragedii w Tatrach. 07.08.1925 Ilustrowany Kuryer Codzienny pisze:

Trzy nowe ofiary Tatr
Dziś nadeszła z Zakopanego wiadomość, że na przełęczy Lodowej po stronie czeskiej prokurator Najwyższego Sądu, Kasznica, wraz z synem i jedna nieznana osoba padli ofiarą turystyki. Znaleziono ich martwych. Dotąd nie wyjaśniono, czy zgon spowodowany był upadkiem, czy przez zamarznięcie. Pogotowie ratunkowe udało się na miejsce katastrofy, ażeby przewieźć ofiary nieszczęśliwego wypadku do Zakopanego”.

Tragedię przeżywa tylko Waleria Kasznica – żona prokuratora.

Wróćmy do 3 sierpnia 1925 roku. Rodzina Kaszniców przygotowywała się w schronisku Téryego na wyjście w góry. Prokurator Kazimierz Kasznica z żoną i synem mieli wracać do Zakopanego przez Lodową przełęcz. Głowę rodziny niepokoiło jednak załamanie pogody – co prawda był sierpień, ale panowała aura typowo jesienna – zimny wiatr i duża wilgotność. Tego ranka spadł dodatkowo mokry śnieg, a później deszcz. Prokurator podpytywał grupę czterech poznanych w schronisku taterników o trasę którą zaplanował. Ci, ze względu na panujące warunki postanowili wracać do Zakopanego tą samą trasą. Z taką kompanią nie powinno być problemu z powrotem. Jednak ostatecznie ze względu na ślimacze tempo rodziny Kaszniców, został z nimi jedynie 21-letni taternik Ryszard Wasserberger.

„Według opowiadania p. Kasznicowej, złożonego dwa dni po katastrofie, śmierć jej męża, dziecka i Ryszarda Wasserbergera nastąpiła w takich okolicznościach:
Gdy wydostali się na przełęcz, zaczeli schodzić w potężnym wichrze i gradzie, Wasserberger naglił do szybkości, wskazując, że czem niżej zejdą, tem aura będzie spokojniejsza. W pewnej chwili synek p. Kasznicowej zaczęła się skarżyć na trudności w oddechania. Wówczas ona wzięła od niego jego worek turystyczny, a Wasserberger zaczął chłopca prowadzić. Gdy zeszli już około 50 metrów poniżej przełęczy, w pobliże Żabiego Stawu jaworowego, nagle prok. Kasznica usiadł i oświadczył:
„Jestem bardzo zmęczony. Dalej iść nie mogę”
Wówczas ona zwróciła się o pomoc do Wasserbergera, ale odpowiedź brzmiała”
– Mnie jest też bardzo niedobrze. Z całego serca bym pani pomógł, ale doprawdy sam nie mogę.
Zauważywszy w odległości kilkunastu kroków duży kamień, który mógł stanowić ochronę od wiatru, pani K., zaprowadziła tam syna i Wasserbergera i dała im napić się nieco koniaku i przegryźć czekolady. Gdy z tymże koniakiem wróciła do męża, ten był już umierający. Za następnym powrotem do tamtych, znalazła również syna nieżywego, a Wasserbergera kilka kroków poniżej. Miał on wstać w ostatniej chwili, przejść kilka kroków, przeczem upadł, łamiąc rękę i kalecząc się w głowę o złom skalny. Wszystko miało być kwestią kilkunastu minut, koło godz. 4-tej popołudniu.

Kasznicowa pozostała przy zwłokach przez resztę dnia, przez całą noc z poniedziałku na wtorek, przez cały wtorek i przez drugą z rzędu noc. Dopiero w środę 5-go udała się w dolinę, niealarmując ani juhasów w jaworowej, ani mieszkańców Jaworzyny i dopiero na Łysej Polanie, spotkawszy znajomego sobie Zaruskiego, opowiedziała mu co zaszło, a ten zatelefonował po ekspedycję ratunkową.”

Powstaje wiele teorii wg. których mogło dojść do tragedii – od wyczerpania przez „próżnię powietrzną” po otrucie. Która z nich jest prawdziwa – nie wiadomo.

Ilustrowany Kuryer Codzienny 11.08.1925

Pod koniec roku 1925, przychodzi wyjaśnienie tajemniczej tragedii. Po sekcji zwłok, którą wykonał dr. Ciećkiewicz, wykluczono wszystkie nienaturalne przyczyny śmierci. Zostało wydane orzeczenie które „przypisuje nagłą śmierć niekorzystnym warunkom atmosferycznym, przemęczeniu i predyspozycji zmarłych, wynikających z wad organicznych.”

Komentarze